Sąd nad frankiem. Co dalej frankowiczu?

Publikacja ukazała się 6 lipca 2017 r. w dzienniku Rzeczpospolita

 ….

Od pamiętnego „czarnego czwartku”, tj. od 15 stycznia 2015 roku, wszelkie kredyty „walutowe” odżegnuje się od czci i wiary. Czy robimy to na pewno słusznie?  Ostatnio, kiedy wypowiadałem się na jednym z portali słowami, że „nigdy nie byłem przeciwnikiem kredytów w walutach obcych”, spłynęła na mnie fala krytyki ze strony internautów. Przenalizujmy więc tę dziedzinę bankowości, która wkrótce będzie święcić w Polsce swoje 20-lecie.

….
Kredyty „walutowe” w Polsce  – początek

Zanim na rynku kredytowym pojawiły się franki, wcześniej, tj. od 1998 roku można było pozyskać kredyt w niemieckiej marce. Była to wówczas zupełna nowość na rynku kredytowym, w pierwszym okresie produkt ten dotyczył  finansowania zakupu samochodu. Takich kredytów udzielał Powszechny Bank Gospodarczy, wchłonięty parę lat później przez Bank Pekao SA. Wszyscy klienci, którzy zdecydowali się na kredyt w DEM,  sporo zarobili. Bez wyjątku. Przypomnę tylko, że w 1998 roku oprocentowanie kredytów w naszej walucie oscylowało na poziomie 28-29 proc. , zaś przy kredytach w markach – jedynie 9,5 proc. w skali roku.

Lesson number 1

Pierwszą lekcję, na czym opierać się powinien wybór waluty kredytu, udzielił mi … jeden z klientów. Był to rok 1999 roku, kiedy to stawiałem pierwsze kroki w kredytach hipotecznych, jako pośrednik. Miałem zawartą umowę z Bankiem PKO BP, w którym to banku, można było uzyskać kredyty w naszej walucie lub w Euro. Pewnie nie widzisz Czytelniku w tym nic dziwnego. Jednakowoż w 1999 roku waluta ta była tak samo egzotyczna, jak obecnie np. mozambijskie meticale. Właśnie wtedy, tj. 1999 roku powołano Euro do życia, ale na początku –  tylko do rozliczeń bezgotówkowych. Kiedy więc mój klient zażyczył sobie kredyt Euro, patrzyłem nań trochę jak na ekscentryka, lub … snoba. Szczególnie, że ten kredyt, jeśli chodzi o oprocentowanie – wcale nie był wtedy tani. Klient ten jednak umiał swój wybór uzasadnić: „Obecnie kurs Euro jest przewartościowany, z pewnością wkrótce znacząco spadnie”. Ma to sens – pomyślałem. I tak faktycznie się stało: pod koniec 1999 roku kurs Euro wynosił ok. 4,4 zł,  a po dwóch latach – spadł na poziom 3,5 zł.  I wtedy należało przejść na złotówki!  Prawda, jakie to proste?


Zakazać, czy nie zakazywać?


Obecnie kredyty w tzw. walutach obcych są praktycznie wyrugowane z polskiego rynku. Uważam to za słuszne, mając na względzie przede wszystkim obecne, niskie stopy procentowe dla złotówki. Ale przecież WIBOR spadł do oczekiwanego przez kredytobiorców poziomu całkiem niedawno.  Przez długi okres, kredyty w naszej walucie były po prostu bardzo drogie.  A Polska, szczególnie w  okresie po wejściu do Unii, potrzebowała taniego pieniądza. Jak ludzie powietrza. Z perspektywy czasu, uznać należy, że problemem nie był sam fakt, że te tak ryzykowne instrumenty finansowe zostały dopuszczone do sprzedaży. Przyczyną obecnej sytuacji „frankowiczów” jest przede wszystkim kompletny brak edukacji w tym zakresie. Oraz chciwość bankowców, którzy nie zatrzymali akcji „frankowej” w najbardziej ryzykownym okresie.

Gdzie ci eksperci? Prawdziwi tacy

Nikt nigdy, z grona tzw. „ekspertów od ekonomii” nie zajął się tematem ryzyka związanego z kredytami w tzw. walutach obcych. Założenia są oczywiste: zadłużenie się w obcej, mocnej walucie (vide: CHF) nie może mieć miejsca w sytuacji, kiedy waluta ta znacząco się osłabiła wobec złotówki. Taka wiedza powinna być powszechna wśród kredytobiorców, ale także – obligatoryjnie powinna być brana pod uwagę przez kredytodawców. W szczególności, jeśli podejmujemy na szeroką skalę akcję walutową w najbardziej stabilnej walucie, jaką był i pewnie zawsze będzie frank szwajcarski. Wszak siła waluty jest wprost proporcjonalna do siły  gospodarki danego kraju. Co zatem oznaczało wejście w masową sprzedaż kredytów „frankowych”? Rzuciliśmy wyzwanie Szwajcarii. W ekonomii.


Kto jest lepszym biegaczem niż Usain Bolt?


Kredyty w CHF upowszechniły się w Polsce w 2004 roku. Wraz z wejściem do Unii, nasza gospodarka włączyła piąty bieg i wtedy właśnie potrzebowaliśmy duże ilości taniego pieniądza. Warunki takie spełniał wówczas właśnie kredyt „frankowy”. Jeśli jednak spojrzymy na tę kwestię w dłuższej perspektywie, widać jak ryzykownym posunięciem było całkowite uwolnienie tej akcji. Wszak kredyty hipoteczne to zadłużenie się zwykle na nie mniej niż 25 lat. Niektóre banki miały w ofercie kredyty nawet na lat 50. Nawet  jeśli uznamy, że po wejściu do UE, Polska stała się „tygrysem Europy”, było wielkim optymizmem (graniczącym z totalną lekkomyślnością) założenie, że taki stan będzie trwał przez lat kilkadziesiąt. Bowiem zadłużenie się w CHF na lat 30 czy 40, oznaczało wprost założenie, że kurs tej waluty do złotówki w tak długim okresie nie ulegnie znacząco zmianie. To trochę tak, jakby Usain Bolt wyzwał na pojedynek w biegu na 42 km Eliuda Kipchoge.

Na kogo byś stawiał jako zwycięzcę? Przypomnę tylko, że ten drugi to mistrz olimpijski z Rio w biegu maratońskim.  Jednakowoż, gdyby taki pojedynek można było przerwać w dowolnym momencie, oczywiste, że wygrałby Bolt. Np. schodząc z trasy po 2 km. Podobną wiktorię odniósłby każdy frankowicz, przechodząc na złotówki np. w pierwszej połowie 2008 roku. Ale tenże takiej wiedzy po prostu nie posiadał … Ja uciekłem z CHF-ów na naszą walutę przy kursie 1 frank = 2.5 zł. I do tego samego namawiałem klientów. Cóż z tego, kiedy euforia spadającego wciąż kursu franka, przesłaniała skutecznie rozsądek kredytobiorców…

Nie pomagali też, w wyborze właściwej „strategii kredytowej”  wspomniani eksperci. Nie podjęto nawet żadnej dyskusji na temat wiszącej w powietrzu katastrofy.  O czym – w następnym akapicie.

..
2007- 2008: okres największych błędów i wypaczeń

,,,,
Czy można było przewidzieć zbliżającą się zapaść? Tak. Wystarczyło wyciągnąć wnioski z tego, co działo się w USA w okresie kilku lat przed upadkiem Lehman Brothers. Przypomnijmy: kryzys finansowy w Stanach Zjednoczonych został oficjalnie ogłoszony w 2007 roku, ze względu właśnie na upadek rynku kredytów hipotecznych typu „subprime”. Było oczywiste,  że po niedługim czasie, kryzys ten – niczym fala tsunami – trafi do Europy.  A więc także do Polski. Zagrożenie to zostało w naszym kraju zupełnie zignorowane, zarówno przez bankowców, jak i przez wszystkie „służby finansowe”. Istotny udział we frankowej katastrofie ma także Rada Polityki Pieniężnej, która w okresie 2007-2008 aż 8-krotnie (!!!) podnosiła wysokość stopy referencyjnej. Po ostatniej podwyżce – w czerwcu 2008 roku – wynosiła ona 6 proc. (obecnie 1.5 proc.). Aby nie udawać tu „mądrego po szkodzie”, zacytuję fragment mojej wypowiedzi dla dziennika Rzeczpospolita z grudnia 2007 roku:
….
„Z jednej strony złoty się umacnia i wartość franka spada, a z drugiej – Rada Polityki Pieniężnej podnosi sukcesywnie stopy procentowe w PLN. Grozi nam więc antyczna tragedia wyboru: kredyt złotówkowy jest bardzo drogi, a kredyt we frankach – piekielnie niebezpieczny!”
..
I co się wówczas wydarzyło? To, co było prawie od 2 lat do przewidzenia.

….
Pająk złapał 700 tys. muszek


Frankowa pułapka zatrzasnęła się we wrześniu 2008 roku. Prawie jak w Pulp Fiction, kiedy bohaterowie tego filmu Butch Coolidge oraz Marsellus zostali uwięzieni przez  psychopatycznego Zeda i jego kompana. Nagły skok franka, który miał miejsce po upadku Lehman Brothers, wywołał falę paniki w sektorze finansowym. Z dnia na dzień niemal wszystkie zagraniczne banki wycofały się z kredytów hipotecznych.  Nie tylko „frankowych”. Działanie takie było pozbawione sensu: upadek wspomnianego banku kompletnie nie miał żadnego wpływu na polską gospodarkę, ani na nasz sektor bankowy.
… 
Co oznacza zahamowanie akcji kredytowej na tak rozgrzanym rynku, który potrzebuje – jak mózg tlenu – stałego dopływu taniego pieniądza? Nieodwracalne, bardzo niekorzystne zmiany. Bankructwa wielu podmiotów. Demolkę rynku pracy. Pomimo to, udało nam się „odbić” z recesji pod koniec 2009 roku. Jednak nasze „służby finansowe” zadały gospodarce drugi cios.


  Grabarze polskiej gospodarki: KNF i raz jeszcze RPP

….
W 2009 roku nastąpiło „odbicie”, ale wciąż na rynku niezbędna była duża ilość taniego pieniądza. Jednak „twardziele” z Rady Polityki Pieniężnej trzymali mocno wysoki kurs stopy referencyjnej, obniżki dopiero zaczęły się w 2013 roku. Pozostała wtedy jedna, jedyna szansa: postawić na tanie kredyty w Euro. I faktycznie –  ta forma zakupu nieruchomości na kredyt zaczęła się upowszechniać. Niestety, do akcji weszła Komisja Nadzoru Finansowego. Zabrano nam tani pieniądz z eurolandu w połowie 2010 roku, było to konsekwencją opracowanej przez KNF  Rekomendacji T, która znacząco ograniczyła akcję kredytów „walutowych”.

Czy można było przewidzieć skutki powtórnej zapaści naszej gospodarki po takim ruchu KNF? Bez problemu. W owym okresie napisałem kilkanaście publikacji na ten temat, są one dostępne w sieci. M.in. „Śmierć kredytom hipotecznym!”, „S.O.S. dla kredytów  w EURO”, „Polskiej gospodarce grozi bezpieczne bankructwo”. A przecież nawet nie jestem ekonomistą. Oto cytat  z jednej z wymienionych publikacji (z 2010 roku):

„Teraz z całą pewnością trzeba postawić na tani kredyt w euro! (…) Lepiej jest, bowiem,  postawić na ryzykowny rozwój polskiej gospodarki, niż na jej bezpieczne bankructwo.”
….

Kto odpowie za błędy na górze?

….
Odpowiedź na pytanie zadane w tytule akapitu – znamy. Wszystkie rachunki mają zapłacić klienci. Tak zatrważająca ilość błędnych działań i zaniechań, tak wielka lekkomyślność, czy też nawet raczej rażące niedbalstwo, bankowców i służb finansowych oraz kolejnych rządów musi zastanawiać. Narzuca się pytanie: czy, aby na pewno tak opisane powyżej  kardynalne błędy – w ilościach hurtowych – były przypadkiem? Można takie założenie przyjąć. Ale, być może, „katastrofa frankowa” ma drugie dno?  To temat na inną dyskusję, wszak w podobny sposób zostały zaplanowane  i przeprowadzone najgroźniejsze w skutkach kryzysy gospodarcze w USA. Zacytujmy tu fragment opracowania „Wojna o pieniądz” Songa Hongbinga:

 „Chodzi o wykorzystanie gospodarczej prosperity i recesji” (…) Odkąd bankierzy zdobyli zasadnicze prawo do kontroli podaży pieniądza w Stanach Zjednoczonych”, gospodarcze zjawiska, takie jak okres prosperity i recesja stały się procesami możliwymi do precyzyjnego zaplanowania i kontrolowania”


Frankowiczu, nie bądź Pokraką!


Wróćmy na koniec do „frankowej pułapki” i kultowego filmu Pulp Fiction. Jak Państwo pewnie pamiętają, grany przez Bruce`a Willisa – Coolidge, uciekł z pułapki. Udało się to także Marsellusowi, ale ten także bardzo chciał się wyrwać z tej mocno niekomfortowej sytuacji. Sam nie dałby rady, pomógł mu w tej ucieczce właśnie Coolidge. Pozostał w pułapce – nawet nie wiemy od jak dawna tam przebywał – trzeci więzień: Pokraka. Ten bowiem, jakby się pogodził ze swoją niedolą. I czekał biernie na to, co los przyniesie.

A jaka jest Twoja metoda działania, frankowiczu? Podejmiesz walkę z bankiem? Czy pójdziesz w ślady Pokraki?
….
Krzysztof Oppenheim
;;;….
Krzysztof OPPENHEIM:  ekspert finansowy od kredytów hipotecznych, restrukturyzacji  i konsolidacji zobowiązań, związany z bankowością od 1993 r. Pionier na rynku pośrednictwa kredytowego.  Specjalizuje się także m.in.  w upadłości konsumenckiej i pomocy frankowiczom.  Twórca blogów „Poradnik dla Zadłużonych” oraz „Witajcie w Banku-Stanie”.